Historia

Gdańscy wywoływacze, czyli marketing w XVIII wieku

Posted on in Historia · Rekonstrukcja

Bywalcy gdańskich plaż pamiętający lata 90. (i wcześniejsze) na pewno kojarzą sprzedawców lodów podążających wzdłuż kąpielisk i krzyczących melodyjnie najróżniejsze, niekiedy dowcipne hasła. Współcześnie metody marketingu bezpośredniego zmieniły się, jednak w przeszłości zjawisko handlarzy oferujących towary w ten sposób było czymś codziennym. W kilku bibliotekach w Polsce zachowało się interesujące świadectwo tej dawnej tradycji – jest nim zbiór rycin Matthäusa Deischa „Gdańscy wywoływacze” („Die Danziger Ausrufer” lub „Die Herumrufe”, fr. „Les cris de Danzig”), wydawany w latach 1762-1765 r.

Szlifierz, Cris de Paris, 1. poł. XVI w. (gallica.bnf.fr)

Wywoływanie jako forma reklamy ulicznej funkcjonowało już w średniowieczu i wiąże się z rozwojem miast. Wywoływacze działali w niektórych europejskich ośrodkach nawet jako grupa zawodowa, a ich celem było przekazywanie społeczności wszystkich istotnych informacji.  Sprzedawcy i rzemieślnicy oferujący swoje towary i usługi dość wcześnie stali się obiektem zainteresowania artystów. Najstarsze albumy z wyobrażeniami przedstawicieli zawodów pojawiły się na przełomie XV i XVI wieku we Francji i Włoszech. Początkowo wyobrażenia podpisywano nazwą zawodu, później zaczęto dodawać teksty zawołań. O tym, że często były to zawołania umuzycznione dowiadujemy się ze źródeł pisanych, a także dzięki kompozytorom, którzy w swojej twórczości inspirowali się ulicznymi zawołaniami (szczególne zainteresowanie tematem wykazywali kompozytorzy angielscy tacy jak Richard Dering, Thomas Weelkes, Orlando Gibbons czy Thomas Ravenscroft).


Matthaeus Deisch według Jacoba Wessela,
około 1760 (gedanopedia.pl)

Na tle licznych wydań albumów z gatunku cris seria rycin Deischa nie wyróżnia się pod względem artystycznym. Matthäus Deisch uznawany jest za artystę raczej przeciętnego, choć zasłużonego dla Gdańska dzięki licznym wydaniom widoków gdańskich dokumentujących miasto z XVIII wieku. Deisch, urodzony w Augsburgu, po osiedleniu się w grodzie nad Motławą rozpoczął współpracę z rysownikiem Friedrichem Antonem Lohrmannem, który tworzył wzory powielane przez Deischa techniką akwaforty. Lohrmann jest domniemanym twórcą wzorów do Wywoływaczy, lecz nie ma co do tego całkowitej pewności. Rytownik podpisywał bowiem prace jedynie inicjałem własnym – literą D. Ryciny te sprzedawał na zamówienie subskrypcyjne raz w miesiącu w cenie 15 groszy za kartę.

Gdańscy wywoływacze powielają motyw artystyczny obecny w Europie od kilku wieków, jednak są wydaniem wyjątkowym ze względu na zawarty pod rycinami zapis muzyczny zawołań. Jest to pierwsza taka inicjatywa – kolejny cykl cris z notacją muzyczną pojawił się przeszło 60 lat później. W 1808 roku w Hamburgu ukazał się zbiór Christoffera Suhra poprzedzony wstępem poruszającym temat muzycznych aspektów zawołań, zaś muzyczna notacja ubarwiła dopiero cykl paryski z 1822 roku. Jest to też na tyle interesujące, że Deischa i autora zapisów muzycznych można postawić wśród prekursorów zbieractwa folkloru muzycznego w Rzeczpospolitej. Nie wiemy niestety kto wykazał się tym niezwykłym zmysłem obserwacji i wykonał na zlecenie Deischa owe notacje muzyczne.

W Rzeczpospolitej co prawda już od początku wieku pojawiało się zainteresowanie kulturą ludu, jednak w dość ograniczonym zakresie. W twórczości poetów, takich jak jezuity Dominika Rudnickiego, czy Adama Kępskiego, widoczna jest inspiracja wiejską formą poetycką. Kępski nawet notował teksty zasłyszane w okolicach Krakowa. W 1754 roku ukazał się drukiem pierwszy śpiewnik krakowskich przyśpiewek, jednak zawierający jedynie teksty, bez melodii. Jeszcze długo nikt nie zainteresował się notowaniem melodii. Dopiero po tym, jak w 1802 roku Hugo Kołłątaj wystąpił z narodowym programem etnografii polskiej, w którym zawarł wskazania, by zbierać wszelkie źródła, w tym muzykę instrumentalną i pieśni, rozpoczął się proces gromadzenia zapisów muzycznych twórczości miejskiej i wiejskiej. Nawet jednak w tych wczesnych etapach badacze nie przykładali uwagi do praktykowanych wśród ludu prostych, komunikacyjnych zawołań.

Polska literatura nie porusza niestety tematu sytuacji panującej w Prusach Królewskich i innych regionach niemieckojęzycznych. Jest jednak duże prawdopodobieństwo, że docierające do Gdańska prądy myśli zachodnioeuropejskiej spowodowały wcześniejsze pojawienie się zainteresowania dokumentowaniem melodii. Pomimo burzliwych dziejów miasta warto w tym kontekście spojrzeć na dorobek niemieckojęzycznego, anonimowego badacza, ostatecznie ciągle pozostajemy w kręgu kultury I Rzeczpospolitej.

Typy miejskie i bogactwo oferty handlowej

Na rycinach można zobaczyć przedstawienia sprzedawców najróżniejszych towarów – od artykułów spożywczych (różnorakich gatunków ryb, owoców, warzyw, ziół) po naczynia, miotły czy piasek. Znajdujemy tu także oferty usług w rodzaju naprawy krzeseł, czy ostrzenia noży. Byli to ludzie różnego stanu, o czym świadczy odzienie lepszej lub gorszej jakości. Wywoływacze za pomocą charakterystycznych zawołań oznajmiali mieszkańcom swoją obecność już z daleka, próbując zachęcić do wyjścia z domu i zakupienia oferowanego towaru (niczym współcześni obwoźni sprzedawcy lodów i mrożonek oznajmiający swoją obecność melodyjkami wygrywanymi przez głośniki zamontowane na samochodzie). Śpiewność zawołań po pierwsze wynikała z potrzeby wyróżnienia się z tłumu. Warto jednak zwrócić uwagę, że takie praktyki „umuzyczniania” krzyku stosowane były także przez lud wiejski w sytuacji komunikacji na duże odległości, np. na polu lub pastwisku. Jest to częściowo powodowane fizjologią głosu – śpiew ułatwia głośne wydobycie dźwięku bez uszczerbku dla gardła.

Sprzedawczyni ziół

Teksty zawołań zapisane są głównie w lokalnej odmianie języka niemieckiego, którą na co dzień posługiwali się gdańszczanie – tzw. Danziger Platt. Wśród miejscowych sprzedawców można też było spotkać przybyszów z głębi Rzeczpospolitej. Deisch stworzył dwie ryciny z przedstawieniami flisaków (w Gdańsku nazywanych szymkami – niem. Schimke), handlujących kaszą oraz garnkami. W ich zaśpiewach słychać mocno wpływ języka polskiego, choć używają oni lokalnych nazw swoich towarów. O nich wspomniała nawet w swoim pamiętniku Johanna Schopenhauer, matka słynnego filozofa, która wychowała się w Gdańsku:

Kiedy słońce bardzo jasno świeci i gdy – jak obecnie – prawie wszyscy ludzie są nieco krótkowzroczni, wydaje mi się nieraz, że nadchodzi dziwnie szeroka, nadzwyczaj okazała postać, coś w rodzaju chińskiego mandaryna w okrywającym go płaszczu ze złotego brokatu. Z bliska mandaryn przemienia się w szymka obwieszonego z przodu i z tyłu, od głowy do stóp, splotami ogromnej, najwspanialszej, złotem połyskującej cebuli, którą ma na sprzedaż.
Obok tych cebulowych mandarynów spotyka się również poruszającą się górę wyrobów garncarskich. Jedynie wychodzące z niej wołanie w rodzaju przeciągłego jodłowania: „kup toopki, top, top, kuup”, zdradza w tym kruchym otoczeniu szymka, którego głowa wystająca ponad ruchomym straganem może być łatwo wzięta za jego część składową. (…)

Warto zwrócić uwagę na to jak Johanna określa swoje wrażenia po usłyszeniu flisaka. „Przeciągłe jodłowanie” sugeruje nam ludową technikę wydobycia głosu stosowaną przez przybyłego nad morze chłopa. Zapewne nie miało to zbyt wiele wspólnego z tyrolskim jodłowaniem, w Polsce nieznanym, musiało być jednak czymś dość niezwykłym dla lokalnego odbiorcy.

W przedstawieniach Deischa pojawiają się także XVIII-wieczni „showmani”, czyli kataryniarz i mężczyzna z „latarnią magiczną”, tzn. przyrządem służącym do tworzenia przenośnego teatru cieni. Ciekawym jest, że zawołania obu ulicznych artystów opatrzone są prawdopodobnie błędnymi zaśpiewami – kataryniarz woła o latarni, zaś mistrz cieni śpiewa piosenkę kataryniarza o „uroczej Katarzynce” (kukiełce tańczącej często przy grze na katarynce, od której instrument wziął swą nazwę). Być może jest to zwykły błąd zaistniały przy składaniu grafiki do druku. W literaturze można jednak spotkać się z hipotezą o współpracy kataryniarza i „latarnika”, co miałoby stać się przyczyną tej zamiany. W Warszawie około 1760 roku Włosi wystawiali uliczne przedstawienia teatru cieni, którym akompaniowała katarynka. Według raportów Essena z 1788 roku sam król Stanisław August miał koić smutki przy tego rodzaju rozrywce. Niewykluczone więc, że taki duet mógł pojawić się również na gdańskich ulicach.

Domokrążca z latarnią magiczną
Kataryniarz

Wywoływacze – reaktywacja

Wraz z Instytutem Kultury Miejskiej w Gdańsku oraz grupą rekonstruktorów z Kompanii Kaperskiej podjęliśmy karkołomną próbę odtworzenia zawołań gdańskich handlarzy. Powstałe nagrania dostępne są w domenie publicznej, dzięki czemu każdy może obecnie spróbować wyobrazić sobie pejzaż muzyczny Gdańska z połowy XVIII wieku. Efekty w linku poniżej…

Posłuchaj zawołań gdańskich handlarzy z XVIII wieku.

Jak traktować naszą pracę? Należy się tu parę zdań wyjaśnienia.

Wydawać by się mogło, że skoro Deisch ofiarował nam zapis muzyczny oprócz słownego, to bez problemu możemy odtworzyć brzmienie zawołań gdańskich handlarzy. Niestety, z praktyki badań etnograficznych wiemy, jak bardzo trudnym zadaniem jest spisanie melodii wykonanej przez śpiewaka. Notacja muzyczna nie jest w stanie przekazać wielu niuansów brzmieniowych, m.in. wahań intonacji, zmian metrycznych, tempa itp.

Zestawienie zapisów wykonanych przez Oskara Kolberga z nagraniami zbieranymi wśród ludu w XX wieku ukazuje jak silnego uproszczenia musiał dokonać badacz nie dysponujący fonografem czy dyktafonem. Mimo to zapisy muzyczne z rycin Deischa uznawane są za dość dokładne jak na epokę, w której żył ich twórca. Dowodzi tego stosowanie znaków specjalnych, a w wyjątkowych przypadkach adnotacje co do tempa i dynamiki wyrażone w klasycznych włoskich określeniach. To, co szczególnie zwraca uwagę, to ilość zastosowanych kluczy muzycznych, świadcząca o próbie oddania realnego rejestru, w jakim handlarz wykrzykiwał swą ofertę. To znaczy, że zawołania kobiet i chłopców są zapisane odpowiednio wyżej od męskich.

Pamiętając o zapiskach Johanny Schopenhauer wspomniane znaki specjalne traktowaliśmy jako wskazówki, które być może są śladem nieprofesjonalnych, ludowych praktyk, a niekiedy przesłanek świadczących o tym, że zawołania stały gdzieś na granicy między śpiewem, a krzykiem o nieokreślonej – podobnie jak w mowie – wysokości.

Za pewną inspirację i punkt odniesienia potraktowałam też swoje własne wspomnienia z dzieciństwa. Być może gdańscy plażowicze pamiętają sprzedawcę lodów, który w latach 90. przemierzał plaże wykrzykując hasło „Lody, lody dla ochłody”. Jego zawołanie również posiadało swoją specyficzną melodię, którą można by spróbować zapisać pomimo tego, że samo w sobie śpiewem nie było.

Podstawowym założeniem przyjętym na potrzeby projektu było po pierwsze – nie śpiewać, to znaczy nikt nie starał się brzmieć ładnie, czysto. Żadne z zawołań nie było komponowane przez muzyka, który traktował zapis jako element procesu twórczego. Wręcz przeciwnie. Każda z tych melodii powinna być traktowana przede wszystkim przez pryzmat krzyku. To melodyjny krzyk został następnie przetworzony przez autora zapisu tak, by umożliwić przekaz pisemny. Musieliśmy więc niejako cofnąć ten proces. Pomogły nam w tym próby wykrzyczenia zawołań na otwartej przestrzeni. Dzięki takiemu ćwiczeniu spojrzeliśmy na materiał z nieco innej perspektywy.

Choć autor dokładnie oddał bogactwo rejestrów głosowych handlarzy, postanowiliśmy zrezygnować ze ścisłego odtwarzania wysokości zaśpiewów. W tym wypadku wysokość dźwięku wynika z cech głosu tych oryginalnych, XVIII-wiecznych wykonawców. Tymczasem każdy z nas ma swoje określone możliwości, zaś próba dostosowania się całkowicie do źródła odarłaby nasze wykonania z naturalności o jaką zabiegaliśmy.

Zapisy melodii zaśpiewów nie zawierają oznaczonego metrum, rzadko kiedy też posiadają podział na takty, dlatego rytm potraktowaliśmy dość swobodnie. Wartości rytmiczne stały się dla nas jedynie podpowiedzią, a nie matematycznym wyznacznikiem długości trwania dźwięku. Korzystając z lingwistycznego doświadczenia jednego z uczestników projektu, Jacka Tlagi, staraliśmy się też w miarę naszych (słowiańskich) możliwości wzorować na rytmie słowa. Warto zwrócić uwagę na widoczną w zapisie częstą manierę polegającą na zrywaniu ostatniego słowa. „Zjadanie” końcówek (apokopa) jest spotykane w praktyce ludowej – do dzisiaj można usłyszeć taką manierę w śpiewach kurpiowskich.

Większość zaśpiewów nie sprawiała problemów, gdyż z reguły są to proste konstrukcje oparte na 2-3 dźwiękach. Pewna część jednak wyróżnia się stopniem skomplikowania, który byłby godny kompozycji rodem z XX wieku. Do takich przypadków należy zaśpiew szlifierza, który potraktowany dosłownie byłby zdecydowanie zbyt „progresywny” dla człowieka z XVIII wieku. Uznaliśmy więc te „dziwne”, niezgodne z estetyką epoki dźwięki za próbę zapisania tych tonów nieokreślonych, spotykanych często w muzyce ludowej, a w tym wypadku będących być może rodzajem onomatopeicznego ubarwienia zawołania (imitacja dźwięku szlifowanego ostrza). Innym przykładem, gdzie znajdziemy współbrzmienia „nieczyste” dla oświeceniowego ucha jest zaśpiew sprzedawcy kamionki. Również w naszej rekonstrukcji można usłyszeć więc swego rodzaju nieokreśloność i wahanie intonacji.

Pomimo wspomnianej zadziwiającej dokładności zapisu zaśpiewów musimy podkreślić, że muzyczna notacja pozostaje czymś bardzo niedoskonałym. Podobnie jak litery alfabetu nie mogą oddać tak łatwo brzmienia i akcentacji słów, tak i nuty odzierają dźwięk z wielu jego przymiotów. Dlatego nasza praca nie jest  rekonstrukcją sensu stricte, w zasadzie powinniśmy nazwać ją jedynie interpretacją źródła. Każdy z nas – a w projekcie brało udział 5 osób – wykonał zawołania tak, jak to czuł za właściwe – oczywiście starając się pamiętać o kontekście, czyli gwarnej ulicy, na jakiej taki sprzedawca musiał się przebić z ofertą. Nie zamykamy więc tematu rekonstrukcji zawołań gdańskich handlarzy. Mamy nadzieję, że te nagrania pomogą choć trochę w pełniejszym odbiorze rycin Mateusza Deischa i być może zainspirują kolejnych wykonawców.

Poniżej link z plikami do pobrania:

Film powstały w ramach projektu Instytutu Kultury Miejskiej.

Bibliografia:

B. Brzezińska, Zawołania gdańskich domokrążców (1762-1765), „Muzyka”, nr 2, 2005.

M. Biłozór-Salwa, Wywoływacze gdańscy Mattheusa Deischa 1762-1765. Analiza zawołań handlowych, „Przegląd muzykologiczny”, z. 8, 2011.

Cz. Hernas, Wiek prefolklorystyki polskiej 1700-1800, „Pamiętnik literacki”, nr 54/2, 1963.

Mateusz Deisch, Gdańscy wywoływacze. Reprint rycin z 1763 roku, A. Kochanowska [red.], Gdańsk 2019.

J. Schopenhauer, Gdańskie wspomnienia młodości, słowo/obraz terytoria, 2010.

Kolekcja rycin monochromatycznych: Danziger Ausrufer, Polona / Biblioteka Narodowa

Kolorowe ryciny z kolekcji Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego
O języku gdańskich sprzedawców.
 

Facebook Comments

Dodaj komentarz